Kraj

Kler bez koloratek [rozmowa z Robertem Krasowskim]

Polskie elity stawiają politykom księżycowe wyzwania. Druga część rozmowy z Robertem Krasowski.

Michał Sutowski: W Pana książce Czas Kaczyńskiego najbardziej brakuje mi opisu procesów gospodarczych – poza ogólnym uznaniem dla planu Balcerowicza. Może i nasi politycy zajmują się wyłącznie sami sobą, i może inaczej być nie może – ale ktoś podejmuje decyzje strategiczne, ktoś wpływa na kształt polskiej energetyki, gdzieś przepływają miliardy złotych z funduszy europejskich, całe branże wykupują ci albo tamci, większe podatki płacą te grupy a nie inne… Czy Pan uważa, że to wszystko bez znaczenia? Zakłada z góry, że politycy w Polsce nie mają na to wpływu?

Robert Krasowski: W lewicowej diagnozie rzeczywistości, w tym Krytyki Politycznej, najbardziej odpycha mnie to poczucie, że da się okiełznać nie tylko politykę, ale i samo bogactwo. A przecież to zawsze była najbardziej fundamentalna siła historii, działająca w ukryciu i według logiki, której nie potrafimy zgłębić. Jasne, że koncerny decydują dziś o losach całych państw i o tym, gdzie przebiegnie rurociąg – notabene historia, jak Gazprom kupił kanclerza Niemiec ma w sobie coś niesamowitego – i zgadzam się, że tam się dzieją się bardzo ważne rzeczy. Ale to nie nasi politycy są podmiotem sprawczym.

Nawet języczkiem uwagi? Nie mogą zdecydować o tym, czy rurociąg pójdzie przez Polskę czy pod Bałtykiem? A niemieccy politycy – nieszczęsnego Schrödera zostawmy – też nie mają na to wpływu?

Nie wiem, jak jest w Niemczech, nie wiem jak w Ameryce, nie wiem jak w Polsce. Nie mamy do tej sfery wstępu poznawczego – wszystko odbywa się dyskretnie. Nie potrafimy przejrzeć logiki działania prawdziwych decydentów, bo sami nie mamy miliardów dolarów do dyspozycji i nie wiemy, jak się gra, mając w ręku taki potencjał. Nie da się tego zrozumieć, choćby wycinkowo.

I nawet Panama Papers nie pozwalają nam wejrzeć za kulisy?

I czego się dowiedzieć – że bogactwo w dziejach świata stało i stoi za kulisami polityki i pociąga za stery polityki? Albo machin ważniejszych od polityki?

Jak dziennikarka śledcza pisze artykuły o SKOK-ach, to nie daje nam choćby wycinka wiedzy o mechanizmach rządzących Polską?

Wycinek, owszem. Tylko że np. Jarosław Kaczyński dotarł – między innymi dzięki bratu, który był szefem NIK – do bardzo wielu takich wycinków, a potem w oparciu o nie stworzył kompletnie nieprawdziwą teorię układu. Jak się widziało tylu polityków SLD we wszystkich spółkach – państwowych i prywatnych – to można było uznać, że to jest wielka sieć powiązań sterowanych przez jakiś ośrodek dyspozycyjny. Ale czy z szeregu ich jednostkowych, egoistycznych strategii faktycznie rodzą się całe, wielkie procesy? A jak to zmierzyć, ocenić? To nawet nie są tajne archiwa ZSRR czy wywiadu brytyjskiego, które kiedyś, może za 75 lat się otworzą – bo szef Google’a nie ma takich archiwów, które moglibyśmy zobaczyć!

I nie warto tego badać? I walczyć o zmianę „warunków brzegowych”? O przesunięcie granic tego, jak wiele może to „bogactwo”?

W sukces tej walki nie wierzę, ale starać się oczywiście trzeba, bo to jest strona agresywna, która prawie zawsze wygrywa; strach pomyśleć, gdzie się zatrzyma, gdy nie napotka żadnego oporu. Nie warto jednak wierzyć, że można narzucić warunki pieniądzowi – władza polityczna jest na to za słaba, jest w istocie atrapą.

Nie warto jednak wierzyć, że można narzucić warunki pieniądzowi – władza polityczna jest na to za słaba, jest w istocie atrapą.

Dobrem prestiżowym, mającym w sobie pewną magię, czasem nawet sacrum, ale współczesny polityk, np. premier to taki… dyrektor szkoły. On sam może nawet wierzyć, że szkoła działa wyłącznie dzięki niemu, ale jak wyjedzie na dłuższy urlop, to woźni i nauczyciele, o uczniach nie wspominając, doskonale sobie bez niego poradzą. Premier oczywiście kieruje większą strukturą, ale to go nie czyni reżyserem rzeczywistości.

To trzymając się tej metafory – czy w roku 1989 nasi dyrektorzy szkoły nie dostali przynajmniej szansy na wybranie sobie kuratora, któremu potem będą podlegać?

Chodzi o wybór geopolityczny? Nie było wówczas wyboru, bo np. Honecker autentycznie chciał utrzymać stary układ i został zmieciony, zresztą nawet stary kurator nie był już nim zainteresowany. Ale problem jest szerszy, w legendzie 1989 rok opisuje się jako czas wielkich wizji, wielkich rozstrzygnięć, wielkich ludzi, jednak było inaczej. Mazowiecki był normalnym politykiem, kompletując rząd, wycinał ludzi Geremka, skądinąd słusznie, bo wcześniej Geremek wycinał jego ludzi. Robił też wszystko, aby zdetronizować Wałęsę i przejąć władze nad obozem solidarnościowym, co było niemądre, bo Wałęsa był graczem wielokroć sprawniejszym. Mówiąc metaforami naszej epoki – dokonywała się największa zmiana w najnowszej polskiej historii, a Mazowiecki większość swoich politycznych sił zużywał na pozbycie się swojej Gilowskiej, swojego Rokity czy swojego Schetyny.

Jeśli przyjąć Pana optykę, to zaangażowanie polityczne motywowane inaczej niż tylko grą o władzę nie ma sensu – jeśli nawet inteligencko-ekspercki rząd Mazowieckiego w 1989 roku płynął na fali wydarzeń i trendów, to gdzie w ogóle jest przestrzeń wpływu na rzeczywistość?

Nie wiem, to jedno z pytań fundamentalnych, na które nie ma dobrej odpowiedzi. Wydaje mi się, że główne ośrodki wpływu leżą na zewnątrz polityki, w społeczeństwie. Natomiast z całą pewnością wiem, że nie ma centrum dowodzenia, z którego można rzeczywistości wydawać rozkazy. To, co się dzieje jest efektem tysiąca drobnych przyczyn, które dopiero po latach układają się w wyraźny wzór. I trzeba mieć cierpliwość pracy nad tymi małymi przyczynami. Ludzie którzy mają potrzebę wpływu na rzeczywistość, nie powinni wchodzić w spór politycznych kibiców, ale żyć własnym życiem. Patrząc na kraje o dużo lepszej polityce niż Polska, widzimy, że tam elity, nawet z bezpośredniego otoczenia polityki, nie dały się wciągnąć w nachalny spór partyjny. Będę zawsze powtarzał, że polityka jest absolutnie suwerenna wobec oczekiwań pozapolitycznych: roszczeń demosu, ideologii czy filozofii, ale też ludzie, którzy robią politykę gdzieś żyją i czymś przesiąkają: jeśli wszyscy dookoła są za prawami kobiet, to oni też będą; jeśli wszyscy merytorycznie dyskutują o cenach energii, to oni też muszą się za to zabrać na poważnie. Nie da się politykom dyktować decyzji, ale droga osmozy można im podyktować światopogląd, podobnie jak społecznej większości.

A które to są te kraje o „dużo lepszej polityce niż polska”?

Jest ich sporo, po części z powodu dużo lepszej jakości państwa jako instytucji, po części właśnie ze względu na kompetentne otoczenie polityki. Za plecami państwa francuskiego stoją grupy interesu oraz ambicje silnie artykułowane w debacie publicznej, które wymuszają asertywną i brutalną politykę zagraniczną, być może śmieszną ze względu na swoją manię wielkości, jednak niezwykle skuteczną; w Niemczech z kolei dominuje przekonanie, że własny przemysł i jego potencjał eksportowy trzeba wspierać i niechętnie wpuszcza się obcych na własny rynek – jak Orlen chciał kupić tam parę stacji benzynowych, nie wspominając o kupnie dużej gazety przez Anglików, to była wielka afera, generowana właśnie w medialno-intelektualno-eksperckim otoczeniu. Ta presja sprawia, że polityka niemiecka stoi murem za niemieckim biznesem. Co więcej, stoi za nim inteligentnie. Polityków można zarazić kompetencją, a także można na nich wymusić własną wrażliwość w ważnych społecznie sprawach.

Polityków można zarazić kompetencją, a także można na nich wymusić własną wrażliwość w ważnych społecznie sprawach.

Przecież w Polsce też jest mnóstwo dyżurnych ekspertów i komentatorów, którzy mówią rządom, co mają robić, a czego w żadnym razie się nie godzi…

Z pozycji moralistycznych, albo ideologicznych. To kler, tyle że bez koloratek. Wygłaszają kazania, nie próbują władzy pomóc, chcą ją wiecznie pouczać. Przy tym zupełnie ignorują reguły politycznej kuchni. Elity niemieckie, jeśli chcą wpłynąć na politykę Angeli Merkel, starają się ją przede wszystkim zrozumieć: że Merkel musi utrzymywać poparcie wyborców, że jest zakładniczką pewnych grup interesu we własnej partii, że ma pewne „czerwone linie”, których w danej chwili nie przekroczy. Krótko mówiąc: wywiera się presję stosując argumenty, które nie będą dla Merkel samobójcze. Nasze elity zaś krytykują „populizm” czy pochylanie się nad dużą grupą społeczną, pytają na wysokim C, czy premier „odważy się pójść pod prąd opinii publicznej”, odwołują się do języka „interesu europejskiego”, choć niemal nikt już w Europie tego nie robi…

Bo nie nad każdą grupą społeczną warto się pochylać, bo jakieś reformy są konieczne, bo język narodowych egoizmów rozwala Europę…

Nieważne, jeśli taka jest polityczna konieczność, trzeba ją respektować. Tymczasem polskie elity z uporem stawiały polityce księżycowe żądania. W efekcie straciły wpływ na władzę: ostatnią partią, która jeszcze lubiła się otoczyć wianuszkiem ekspertów na zasadzie „oni będą świadczyć o naszych kompetencjach” było SLD. Potem się zorientowano, że oni, owszem, „świadczą”, ale najwyżej dla kilku gazet. Tusk był na tyle świadomy, że w ogóle sobie ekspertami głowy nie zawracał.

 W swojej książce pisze Pan przychylnie o odczarowanym światopoglądzie Tuska, o jego zręcznym opanowaniu techniki władzy, ale potem wskazuje, że to „mądrość, która tak upaja się własną głębią, że zapomina zapytać o własną pożyteczność”. A później jeszcze czytamy, że to Unia Wolności zmieniała rzeczywistość będąc mniejszością w rządzie, a PO nie zmieniła nic; Balcerowicza z jego fanatyzmem Pan docenia… Przecież Balcerowicz i Unia Wolności to kwintesencja idealistycznych snów elit o dobrej polityce – tych samych elit, na których Pan wiesza psy przez wszystkie trzy tomy.

Zarzucam im poczciwość i niezrozumienie mechanizmów politycznych, zarzucam wywoływanie histerii i kreowanie lęków i przed Wałęsą, i przed Kaczyńskim, zarzucam niezrozumienie podstawowych spraw: że polityk idzie do wyborów i kłamie, bo musi; że to nie wysiłki reformowania kraju, ale utrzymanie władzy są i będą jego priorytetem, że nie może zapominać o interesie własnej partii, bo za chwilę straci i partię, i władzę. Te wymagania elit są dziecinne i dziecinnie niezgrabna była Unia Wolności w poruszaniu się po politycznej scenie. Przyznaję jednak: kiedy już udało się jej dotknąć władzy, podjęła wysiłek odciśnięcia się na realiach. I akurat ten ich wysiłek doceniam, bo politycy UD i UW jako chyba jedyni mogą powiedzieć: my kopaliśmy się z rzeczywistością, kiedy inni tylko dryfowali. Ich determinacja była motywowana infantylnie – cały czas sądzili, że kraj jest na krawędzi przepaści, że trzeba się natychmiast rzucić rzeczywistości do gardła, że to jest właśnie ten moment dziejowy – ale to dawało efekty, bo przynajmniej próbowali coś robić. Inna sprawa, że też niezdarnie, bo jak liberałowie zabrali się pospiesznie za program powszechnej prywatyzacji, to wyszedł im potworek. Politycy, np. SLD, mieli dużo więcej zimnej krwi, wiedzieli, że Polska bez polityków-reformatorów nie upadnie i pod tym też względem byli od unitów inteligentniejsi.

 A czy z Pana obserwacji polskiej polityki wynika, że można było „zerwać ciągłość” tej politycznej rutyny? Ktoś jeszcze poza unitami podejmował takie próby?

Widzę trzy takie momenty próby. W 1997 roku Leszek Balcerowicz próbował wymusić reformy na AWS i Krzaklewskim – gdy tę swoją liberalną agendę przeforsował, mógłby faktycznie „zerwać ciągłość”… Sądzę jednak, że rzeczywistość nieprzypadkowo dała mu w zęby, tzn. to już nie był moment dla polityków jego pokroju.

 To znaczy jakich?

Dla polityków tak radykalnych – on nie jest jednostką normalną, nie rozumie ograniczeń polityki, nie dyskutuje swojej racji z innymi, nie negocjuje z realiami. Trochę jak Lenin: tacy ludzie osiągają czasem sprawczość właśnie dlatego, że są impregnowani na wszystkie sygnały z zewnątrz. Tylko musi im sprzyjać wyjątkowa koniunktura, tak jak jemu sprzyjała w 1989 roku – przecież dzisiaj niemal wszyscy, którzy wtedy go popierali mają go serdecznie dość, bo widzą fanatyka. Ja również, choć podziwiam jego ambicję.

 A były jakieś mniej… fanatyczne próby?

Drugi ciekawy moment po 1989 roku to reforma Hausnera – to z kolei laboratorium sytuacji, w której władza jest tak skompromitowana, że tonie, więc w ramach ekscesu może sobie pozwolić na coś odważnego.

 Nie dowiemy się już, czy możliwe było wówczas zbudowanie inteligentnego państwa opiekuńczego, które pomagałoby nie silnym grupom interesu tylko najbardziej potrzebującym – bo Hausner dostał w zęby od każdego: ani Marek Belka, ani Kwaśniewski, ani tym bardzie PO tych reform nie chciały, więc okrojono jego plan do łatania dziury budżetowej. Tamten moment pokazuje interesujący mechanizm kastrowania polityków, którym zależy na podmiotowości i sterowności sfery politycznej…

 Potem przyszła IV RP, która miała oznaczać radykalne zerwanie z tym, co dotychczas. Cokolwiek się w tym względzie udało?

I tu jest właśnie trzeci przypadek: los nieudanej reformy systemu sprawiedliwości autorstwa Kaczyńskiego. To bardzo ważne, bo dotyczy największego zaniedbania III RP. Mam taką intuicję, że gdyby ludzie – upraszczając – dostawali w Polsce sprawiedliwość w pół roku, to żylibyśmy w innym kraju. Obywatele mieliby mniej poczucia naruszonej godności, więcej głodu podmiotowości – a to przekładałby się na inne postawy państwowe. Krótko mówiąc: takim demosem rządziłoby się zupełnie inaczej.

 Wszystkie te próby się nie powiodły, abstrahując od oceny ich możliwych skutków, w której się pewnie różnimy.

Każda z tych prób przegrała z naturą polityki, do której należy brak sprawczości, co szczególnie wyraźnie widać w polskich warunkach. Polscy politycy dość inteligentnie i szybko uczyli się zawodu, tzn. warsztatu walki o władzę. Talentów było sporo: gdyby Miller czy Kwaśniewski byli Brytyjczykami, uznano by, że mają format Blaira. Zarazem mimo wiecznej bierności polityki mamy w Polsce znacząco lepszą rzeczywistość niż ćwierć wieku temu.

 Zarazem mimo wiecznej bierności polityki mamy w Polsce znacząco lepszą rzeczywistość niż ćwierć wieku temu.

 Koniunktura to coś radykalnie ważniejszego, niż polityczny wysiłek.

  Na koniec książki – opisującej historię do 2010 roku – zwraca Pan uwagę na skutki uboczne tej „polityki w sobie i dla siebie”. Wycinanie rywali przez Tuska i bierność reformatorska zostawiły jego partię w marazmie, a społeczeństwo z niewykorzystanymi szansami. Zarządzanie emocjami przez Kaczyńskiego to z kolei „wandalizm społeczny”, nawet jeśli rządy lat 2005-07 nie uszkodziły specjalnie państwa. Chyba nie można więc uznać, że dobrze jest, tak jak jest?

Może tak, może nie. „Wandalizm społeczny” Kaczyńskiego, czyli zarządzanie radykalnymi emocjami bez radykalnej polityki, to sprawa o tyle trudna, że nie wiemy, jak się to przełoży na stan świadomości zbiorowej w przyszłości, czy ją na dłużej odkształci. Z kolei brutalność Tuska – nie mniejsza, choć stosowana innymi środkami – najbardziej destrukcyjna była dla jego własnej partii. Polityczne szkody nie są łatwe do zmierzenia. Czy oferma Buzek rządził krajem lepiej niż bezwzględny Tusk? Czy po pionach, które rządziły w latach 90. – Suchockiej, Bieleckim, Pawlaku – Tusk naprawdę był degradacją? Nowa sytuacja, jaka zaistniała przed 2005 rokiem, tzn. śmierć polityczna lewicy parlamentarnej, dała im obydwu, Tuskowi i Kaczyńskiemu, za dużo przestrzeni i za bardzo podbiła stawkę ich walki. Co uruchomiło zachowania, których polityk na Zachodzie się wstydzi. Ale czy od tego naprawdę ucierpiało państwo? Myślę, że cierpią głównie nasze metafizyczne wyobrażenia o polityce…

 Pana książka kończy się na roku 2010. Czy wydarzenia ostatnich miesięcy nie dezaktualizują tych tez? Kiedy Trybunał Konstytucyjny w warunkach ostrego konfliktu partyjnego zostaje sparaliżowany, to chyba ma jakieś znaczenie dla ogólnego stanu państwa?

Nie należy przywiązywać aż tak wielkiego znaczenia do znaczenia Trybunału w naszym systemie. Dużo ważniejszy jest stan sądownictwa powszechnego w Polsce, gdzie bezprawie trwa od lat na każdym poziomie – kobiety nie mogą wyegzekwować alimentów, rolnicy przez 20 lat nie mogą doprowadzić do finału sporu o miedzę, a pracownicy nie są w stanie obronić swoich praw.

 Ale pacyfikacja Trybunału chyba nas nie przybliży do rozwiązania tych problemów.

Oczywiście, że nie, ja tylko twierdzę, że lament w sprawie wymiaru sprawiedliwości powinien był trwać od 25 lat. Trybunał to spektakularna sprawa, ale głównie dlatego, że zdeptał go Kaczyński. Lecz to stan chwilowy, nie wierzę, żeby zlikwidowano w Polsce sądownictwo konstytucyjne.

 To, co robi dziś Jarosław Kaczyński, to jest wandalizm – już nie tylko społeczny – ale pamiętajmy, że w każdym kraju demokracja jest nadgryziona jakąś poważną chorobą i że znajduje się w permanentnym kryzysie.

 System włoski jest praktycznie mafijny; Anglicy dowiedzieli się, że ich premier oszukał kraj i napadł na państwo suwerenne w oparciu o sfałszowane informacje; USA torturują ludzi gdzie się da, także w Polsce, system francuski jest skorumpowany.

 Ale kogoś to oburza, ktoś z tym walczy…

Zgoda, problem w tym, że w Polsce patologie są widoczne tylko ze względu na istnienie Kaczyńskiego. Kiedyś dlatego, że jako jedyny patologie tropił, dziś dlatego, że tylko jego się tropi. Nikogo – także krytyków tego, co Kaczyński robi z Trybunałem – nie obchodzi, że sprawiedliwość jest dla obywateli dobrem trudno dostępnym, że Trybunał, Rzecznik Prawo Obywatelskich czy NSA z irytującym egoizmem nie zauważały, co w Polsce się dzieje. Przez ćwierć wieku kryły się za gardą sektorowych kompetencji, udawały, że nie widzą całego systemu. Nie protestowały, że ceny usług prawnych stworzyły barierę dostępu, nie mówiły, że czekanie na wyrok latami nie jest sprawiedliwością, lecz bezprawiem. Do tego dochodził ich udział w powszechnej akceptacji dla tchórzostwa polskiego wymiaru sprawiedliwości. Przecież w Polsce VIP-y nigdy nie trafiają za kraty, a niemal nigdy nie siadają na ławie oskarżonych, wysoka pozycja albo duży majątek dają immunitet. Tego nie ma w żadnych kraju zachodnim, co pokazuje, że instytucje, które noszą szumne nazwy, są jedynie podróbkami zachodnich.

  To jeszcze zapytam o Apokalipsę. Twierdzi Pan, że wszystko, co ważne w Polsce, działo się mimo polityków bądź wbrew politykom, i działo się nie tak znowu najgorzej, a zawdzięczamy to Koniunkturze. Czy ona się czasem nie kończy? Unia się rozlatuje, Rosja robi się asertywna…

Nie kupuję tej tezy, choć rozumiem towarzyszące nam dziś lęki zwłaszcza, że XX wiek naruszył wcześniejszą wiarę w postęp. Nie widzę jednak możliwości przewidywania, co się stanie za 5 czy 10 lat. W 1914 roku Zachód uważał, że generalnie jest dobrze, że panujemy nad światem, tylko mamy kilka spraw do wyjaśnienia sobie wewnątrz. Za chwilą wszystko to szlag trafił. W 1925 roku wszyscy poza Niemcami też by powiedzieli, że jest świetnie, bo koniunktura gospodarcza była dobra, a wojna wiele nas nauczyła. Chwilę później – domek z kart. W 1945 uważano, że świat jest w najgorszym momencie z możliwych, a następne trzy dekady okazały się najlepsze w historii Zachodu. W 1970 roku wyglądało, że jest świetnie, a już w 1985 wszyscy mają poczucie kryzysu. Potem triumfalistyczne poczucie końca historii po upadku ZSRR – i za dekadę mamy opowieść o starciu cywilizacji.

 Unia naprawdę jest dzisiaj w złym stanie – a to miała być gwarancja, że w Polsce będzie tylko lepiej…

Kryzys integracji europejskiej tostały temat, egoizmy narodowe też. Wszyscy już zapomnieli, że ten wielki Europejczyk de Gaulle przez całą dekadę nie wpuszczał Wielkiej Brytanii do EWG i chciał wyssać z Niemców wszystkie soki. Wspólnotę często budowały ostentacyjnie egoistyczne praktyki, które na bieżąco odbierano jako ostateczne zniszczenie projektu. Jednak intencje, prognozy i skutki rzadko się pokrywały. Strefa euro w planach Mitterranda miała przygasić zjednoczone Niemcy i zakotwiczyć w Europie, a zrobiła z nich supermocarstwo eksportowe, które przygniotło Francję. Zimną Wojnę europejczycy uważali za przekleństwo, a dziś wiemy, że to było błogosławieństwo – mitologizacja zagrożenia i konsolidacja wobec niego pozwoliły na niesłychany rozwój i solidaryzm społeczny. Oni mieli widmo grzyba atomowego nad głową, a my wiemy – od Calvocoressi czy Hobsbawma – że to była tylko obsesja obu stron: Stalin nie planował na serio ataku na Zachód, bo nie miał odwagi, w drugą stronę tym bardziej; skończyło się na wojnach zastępczych na drugim końcu świata, może poza momentami kryzysów…

 Unia Europejska niemal zawsze przechodziła do następnego kroku wskutek brutalnej gry egoizmów narodowych, albo wskutek swych lęków i obsesji.

 Rozumiem, że przewidywanie przyszłości jest trudne, ale w 1989 roku – jak ta pańska Koniunktura się dla nas zaczęła – na wschodzie panowała geopolityczna pustka, a PR Zachodu był najlepszy w historii. Dziś na wschodzie mamy asertywne mocarstwo, na południu falę uchodźców i niezakończony kryzys gospodarczy.

Zagrożenia czasem niszczą, czasem wzmacniają. Rewolucje ruchy społeczne tak naprawdę cywilizowały Zachód, choć obawiano się, że go rozwalą. Komunizm dla tych, którzy nie żyli pod jego panowaniem, okazał się darem niebios. Swoim wrogom dał pokój, rozwój i polot w projektowaniu zupełnie nowego świata. Nie da się na bieżąco obserwować polityki ze zrozumieniem.

 Z tych zagrożeń, które widzimy dziś, nic zatem nie wynika?

Każdy kryzys może zniszczyć Europę, ale przewidywanie biegu historii to jednak ruletka. Kto ceni swoją inteligencję, nie powinien jej stawiać na jednym polu. Jeśli przyszłość będzie podobna do przeszłości, to realne zagrożenia okażą się zupełnie inne, niż prognozowane. Nie tylko na Zachodzie, ale wszędzie na świecie regularnie mylono momenty prosperity z kryzysem i na odwrót. Kto słucha z nadmierną uwagą Orbana, Le Pen, Kaczyńskiego, kto śledzi nastroje w Anglii przed referendum, łatwo może wpaść w panikę, zwłaszcza gdy jest zakładnikiem quasi-religijnych pojęć: jak sprawczość, program, władza czy siła, czyli całego łańcucha słów, który z kierowników szkoły uczynił władców rzeczywistości. Mam jednak wrażenie, że rozum woli cierpliwość. Rozumienie historii przychodzi zawsze po fakcie, zgodnie z logiką sowy Minerwy…

 To co właściwie możemy o polityce w tej perspektywie powiedzieć?

Obserwowanie polityki nauczyło mnie pokory i nie chcę uznać, że to tylko moje intelektualne ograniczenia, tylko ograniczenia rozumu w ogóle. Co zresztą widać dookoła, wszyscy temu podlegamy. Plany i nadzieje, które towarzyszą wyborom, zawsze się okazują pomyłkami, które usuwa się z pamięci, aby uwierzyć, że następnym razem wszystko pójdzie zgodnie z planem. Ile razy można przechodzić przez ten jałowy cykl? I czy warto?

 Uświadomiłem sobie, że przez wiele lat przewidując wydarzenia w polskiej polityce nie myliłem się często, myliłem się zawsze!

Uświadomiłem sobie, że przez wiele lat przewidując wydarzenia w polskiej polityce nie myliłem się często, myliłem się zawsze! Byłem naprawdę blisko centrum wydarzeń: pracowałem jako dziennikarz sejmowy, znałem polityków osobiście, spotykałem się z premierami, jednak nie rozumiałem tego, co robią, oni zazwyczaj również, co z czasem dało mi do myślenia. Najmniej myliłem się przy Kaczyńskim i Tusku, ale tylko dlatego, że poparzony porażkami dużo ostrożniej stawiałem sądy. Na tym polega różnica między polityką a historią: polityka łudzi, procesów realnych nie bieżąco zrozumieć nie można, wiec zostają nam tylko słowa polityków, na które nakładamy nasz głód sensu, czyli te wszystkie iluzje, jakie produkuje nasz rozum. Dopiero wysiłek historii pokazuje stan tamtej rzeczywistość oraz to, że czyny i słowa polityków miały na nią znikomy wpływ. Wysiłek historii pokazuje, jak komiczni byliśmy z naszymi pojęciami – sprawczości, sterowności, władzy, kompetencji – które mają się tak do realiów, jak scholastyczne kategorie do świata przyrody. Niektórzy, myślący w z pozoru odczarowany sposób twierdzą, że polityka to tylko instrument – ale to też nieprawda. Jeśli bowiem opanujemy instrument, wiemy jak można uzyskać oczekiwany dźwięk. W polityce tylko słyszymy dźwięk, ale nie wiemy, jak go wydobyć.

Przyznał Pan w pewnym momencie, że choć szanse są niewielkie, to jednak z siłami Bogactwa „walczyć trzeba”, bo bez oporu nie wiadomo gdzie się zatrzymają. Nie ma Pan wrażenia, że z kolei narracja o braku sprawczości państwa, niemożności podmiotowej polityki – gra rolę samosprawdzającej, a przynajmniej „samowzmacniającej się” przepowiedni? Że opowieść pt. „to wszystko i tak nie ma znaczenia” pozbawia nas nawet tych wątłych narzędzi, które mamy nadzieję posiadać?

Nie, przyszłość wielkiego kapitału zależy od sił dużo potężniejszych, niż zapał jego przeciwników. Proszę sobie przypomnieć jak Marks szydził sobie z romantycznych socjalistów odwołujących się do „misji” i moralnych racji. Miał ich za skończonych idiotów, drwił z nich w każdym tekście, w każdej książce. Uważał, że kapitał jest tak wielką potęgą, że bolesny cios mogą mu zadać nie słowa krytyków, lecz tylko własna natura. Ten toksyczny smok jest tak potężny, że tylko sam może się zabić. Proletariat miał czyhać na okazję, ale upadek władzy kapitału w swojej logice musiał być samobójstwem, eksplozją sprzeczności w jego cielsku, w których istnienie Marks tak mocno wierzył. Jak wiadomo Marks się pomylił, eksplozja nie była tak wielka, a komunizm doszedł do władzy tylko w krajach raczkującego kapitalizmu. Ale to nie zmienia trafności jego generalnej intuicji – o ile nie pojawi się kataklizm na miarę wojny, tylko sam wielki kapitał jest w stanie siebie zranić, osłabić, ograniczyć. Wielką aferą, wewnętrznym konfliktem, kolejnym finansowym kryzysem…

Czytaj także:
Polityka nie zmienia świata [rozmowa z Robertem Krasowskim]
Jakub Dymek, Czas Kaczyńskiego, czyli czas, w którym żyjemy

**Dziennik Opinii nr 121/2016 (1271)

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.