Świat

Antykorupcyjna antypolityka. Co się kryje za protestami w Rumunii?

Protestujący nie popierają żadnych polityków ani polityki, za to domagają się więcej tego samego: walki z korupcją prowadzonej przez technokratów.

Kilkaset tysięcy ludzi wyszło na ulice rumuńskich miast w zeszłym tygodniu. Daleko jeszcze do największych wystąpień od 1990 roku (media natychmiast zaczęły porównywać aktualne demonstracje do tamtych), ale to z pewnością imponujący protest. Bezpośrednim impulsem do wyjścia na ulice był wydany w trybie pilnym dekret o zmianach w kodeksie karnym. Jednym z zapisów budzących największe kontrowersje był ten o dekryminalizacji nadużyć na stanowiskach państwowych i wykroczeń związanych z pełnieniem urzędu, np. podniesienie do 44 tys. euro progu uszczerbku dla skarbu państwa, który podlega ściganiu z urzędu.

Wielu znanych polityków skorzystałoby z takiego rozwiązania wprost: albo wycofano by stawiane im zarzuty, albo dostaliby łagodniejsze wyroki – to dotyczy także Liviu Dragnea, przewodniczącego rządzącej partii socjaldemokratycznej. Zarzuca się mu nadużywanie władzy, a proces trwa. Dragnea jest oskarżany o zatrudnianie fikcyjnych osób w podlegających mu spółkach, czym naraził skarb państwa na straty w wysokości ok. 24 tys. euro. Po przyjęciu nowego prawa oskarżenie wobec Dragnei byłoby bezprzedmiotowe. A i tak ma on już wyrok w zawieszeniu za próbę oszustwa wyborczego przy referendum w 2012 roku. Każdy kolejny wyrok zakończyłby się z automatu więzieniem i końcem kariery polityka.

Podejrzenia opinii publicznej wzbudził sposób, w jaki wprowadzono dekret – koło północy i bez wcześniejszej debaty. Ludzie wyszli z domów, domagając się unieważnienia dekretu i rezygnacji ministra sprawiedliwości, oskarżanego nie tylko o uknucie całego planu, ale i niesłychanie aroganckie wprowadzenie go w życie. Prędko podniesiono jednak postulat o większej mocy rażenia – ustąpienie rządu i rozpisanie wcześniejszych wyborów. Rząd wycofał się z dekretu w niedzielę po południu. Miał nadzieję, że to zakończy protesty. Nie zakończyło. Gdy piszę tę słowa – w niedzielny wieczór – dziesiątki tysięcy protestujących znów są na ulicach. Równocześnie niewielka, dwutysięczna grupa osób wiecuje pod pałacem prezydenckim, wyrażając swoje poparcie dla rządu.

Protest ma jednak kontekst dużo szerszy niż doraźne oburzenie jednym projektem. Protestujący natychmiast dostrzegli krok rządu jako próbę odwrócenia antykorupcyjnej polityki ostatniej dekady. Partia socjaldemokratyczna, uchodząca za bezpośrednich spadkobierców byłej partii komunistycznej, stała się łatwym obiektem krytyki po tym, jak sama wypromowała wysoko postawionych polityków oskarżanych (lub nawet skazanych na karę więzienia) o korupcję. Przez to powszechne jest przekonanie, że zrobią wszystko, żeby ograniczyć walkę z korupcją. Wydanie dekretu i sposób, w jaki próbowano go wprowadzić, wcale tych obaw nie złagodził.

Protest ma kontekst dużo szerszy niż doraźne oburzenie jednym projektem.

Z drugiej jednak strony, antykorupcyjny zryw jest czynnikiem, który istotnie zdestabilizował proces polityczny w Rumunii. Dzięki uderzeniu w skorumpowanych polityków ograniczono władzę parlamentu i znacznie skrócono ławkę dużych partii politycznych. Co więcej, antykorupcyjna kampania zdyskredytowała politykę w ogóle – polityka uchodzi za sferę podejrzaną, grzeszną i zaludnioną szemranymi postaciami. Ujmując to najkrócej, jak się da: „korupcja” stała się synonimem „polityki”. Technokratyczny rząd, który zastąpił gabinet Victora Ponty pod koniec 2015 roku, był wyraźnym symbolem odwrotu od polityki w ogóle – miało to ustrzec kraj przed korupcją.

Wybory w grudniu 2016 roku jeszcze bardziej skomplikowały ten obraz. Socjaldemokraci wygrali i zdobyli widoczny mandat zarówno do pełnienia roli większości parlamentarnej, jak i uformowania własnego rządu. Głównym aktorem opozycji nie jest żadna partia – te ani nie są wiarygodne, ani nie mają znaczenia w obecnym składzie parlamentu – ale prezydent. Klaus Iohannis wygrał w 2014 roku z kandydatem socjaldemokratów właśnie – nie dlatego jednak, że prezentował jakąś wyrazistą jakość, ale dlatego, że wydawał się najbardziej wiarygodnym kontynuatorem antykorupcyjnej polityki poprzednich lat. Odkąd objął urząd, dostał już parę mocnych ciosów. Przyłączenie się do protestów pozwoliło mu jednak na ożywienie kariery polityka antyrządowego.

To, co obserwujemy, jest faktycznie podziałem w gronie władzy wykonawczej: po jednej stronie lokuje się premier i większość parlamentarna, po drugiej zaś prezydent wspierany przez wymiar sprawiedliwości i kontrolowane przez siebie służby specjalne. Demonstrujący Rumuni i Rumunki są po stronie tych drugich i czasem wyrażają to wprost.

To pokazuje wyjątkowy wymiar tego ruszenia. Antyrządowe demonstracje nie wspierają żadnej partii ani polityka. Po prostu chcą bezpośredniego wprowadzania polityki antykorupcyjnej. To widać choćby po tym, jak obywatele kibicują Narodowemu Dyrektoratowi Antykorupcyjnemu, kluczowej instytucji w kampanii antykorupcyjnej. Protesty wyróżniają się też tym, że nie mają ani lidera czy liderki, ani spójnego przekazu, ani żadnej widocznej koordynacji. Każdy może przyjść i wziąć udział. Jedyny widoczny podział, to podział na „nas” i „ich”, na skorumpowanych i sprzeciwiających się korupcji.

Nie powinniśmy jednak dać się zwieść pozorom! Zawsze w tle majaczy konflikt klasowy, nawet jeśli nie ujawnia się od razu, i tak też jest w tym przypadku. W bardzo szerokim ujęciu można przedstawić protest jako bunt przeciwko polityce gospodarczej rządu. Partia socjaldemokratyczna podniosła płacę minimalną i emerytury, obcięła podatki dla najbiedniejszych i podniosła, choć nieznacznie, wydatki na politykę społeczną. Ludzie na ulicach są zdecydowanie przeciwni ruchom, które widzą jako zagrożenie swoich interesów. Co więc nie zaskakuje, na ulice wyszli pracownicy korporacji, a w szczególności personel wyższego szczebla. W dużych firmach zaoferowano dni wolne, aby protestujący mogli pozostać na ulicach kolejną noc. Dziennikarze i telewizyjne gadające głowy, którzy już w przeszłości lamentowali nad rządowym rozdawnictwem, dołączyli się, podsuwając dodatkowe argumenty przeciwko władzy. Nic więc dziwnego, że postulaty protestujących szybko przeszły od żądania wycofania dekretu do wołania o dymisję całego gabinetu.

Decyzja o wydaniu dekretu była z pewnością pospieszna, źle pomyślana i zwyczajnie niepotrzebna. Stała za nią kalkulacja polityczna albo zła ocena sytuacji – być może jedno i drugie naraz. Tak czy inaczej, wywołała reakcję, która kamufluje konflikt klasowy w Rumunii, zasłaniając ten wymiar protestów postulatami antykorupcyjnymi.

Nie powinniśmy dać się zwieść pozorom! Zawsze w tle majaczy konflikt klasowy.

Jak się to ma do protestów z przeszłości? Weźmy na przykład sprawę kopalni złota Rosia Montana, która pozwoliła stworzyć mniej więcej spójny front przeciwko czemuś, co widziano jako skrzyżowanie interesów globalnego kapitalizmu i korupcji na poziomie lokalnym. Mimo że język protestu był przede wszystkim językiem narodowym – a dopiero potem językiem krytyki systemowej – udało się przeprowadzić dyskusję, nawet jeśli bezowocną, o kapitalizmie w Rumunii i korupcji w oparciu o konkretny przykład. Protesty z listopada 2015 roku, po tragicznym w skutkach – 64 ofiary śmiertelne – pożarze w dyskotece w Bukareszcie, były wręcz krokiem wstecz, bo zrzucały winę za wszystko na korupcję, nie odnosząc się do problemów infrastrukturalnego niedorozwoju stolicy i deregulacji.

W tym roku oglądamy coś jeszcze innego: konflikt w łonie władzy wykonawczej i zmieniający się grunt polityki. Protestujący nie szukają politycznej reprezentacji swoich postulatów – chcą tylko kontynuacji kampanii antykorupcyjnej.

W zaistniałej sytuacji nie da się uciec od tego, że to podziały klasowe w społeczeństwie napędzają protesty, a jednocześnie pogłębiają społeczną przepaść między różnymi grupami w Rumunii. I nie mówię tu tylko o grupach „skorumpowanych” i „uczciwych”.

Tłumaczenie Jakub Dymek.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.

Komentarze archiwalne

  1. Widac, iz dla lewicy KP czy tez środowisk GW ważniejsza jest równość społeczna niż sprawiedliwość. Tekst nudny i stronniczy, niekamuflowana sympatia dla rządu Rumunii. Sierakowski chyba ma za mało czasu na kontrolę publikacji a co za tym idzie jakość spada. Jeszcze parę takich durnowatych tekstów i strajk.eu wyprzedzi Was.
    Złodzieji należy piętnować. A generalnie partie socjaldemokratyczne w europie wschodniej mają tendencje do kradzieży. Niczym nasze SLD.