Czytaj dalej

Precz z imitacją, niech żyje utopia [rozmowa z Przemysławem Czaplińskim 2]

Dlaczego po 1989 roku polska wyobraźnia utopijna zasnęła?

Pierwsza część rozmowy Michała Sutowskiego z Przemysławem Czaplińskim: Mamy mapę, nie mamy narracji

***

No to już wiemy, po co nam Wschód. A do czego służy nam Zachód? I dlaczego ten Zachód w Poruszonej mapie to tylko Niemcy? Czy w XXI wieku, dekadę po wejściu do Unii Europejskiej, „zachodnim” punktem odniesienia dla Polaków nie powinny być raczej Wyspy Brytyjskie? Niemal każdy w Polsce ma kogoś z rodziny w Anglii czy Irlandii, tam wyemigrował ponad milion ludzi.

Zacznę od tego, że istnieje i rośnie zbiór książek powstających w Anglii, pisanych przez emigrantów ostatniej fali: proza, powieści, pamiętniki, wspomnienia, dzienniki, trochę dramatów, dużo poezji. Sporo osób zna reportaż Ewy Winnickiej Angole, biblioteka jest jednak dużo obszerniejsza. Na początek zajrzeć można do antologii Wyfrunęli. Nowa emigracja o sobie, zredagowanej przez Wiesławę Czartoryską. Z tego zbioru, podobnie jak z kilkudziesięciu powieści, Anglia wyłania się jako narracja nieprzetłumaczalna na Polskę. Można oczywiście dokonywać różnych porównań sytuacji brytyjskiej z polską, ale zawsze efektem będzie niezwrotność: niczego – w sensie wzorców kulturowych – nie da się tam zawieźć, niczego stamtąd nie da się przywieźć.

Niemcy też chyba za bardzo nie przystają…

Mówiliśmy o Rosji jako drzwiach do uniwersalności, teraz należy powiedzieć, że Niemcy są dosłownie drzwiami do Zachodu, ze względu na infrastrukturę.

Jeżeli się nie połączymy z Niemcami – nie poprzez traktaty polityczne, wojskowe czy przez kontakty gospodarcze – ale przez infrastrukturę codzienności, to nie będzie żadnej obecności Polski w Europie.

Rozumiem przez to nie tylko sieć komunikacyjną, służącą przepływowi ludzi, towarów, pieniędzy i informacji. Cały polsko-niemiecki pas graniczny to małe laboratorium faktycznego zrastania się języków, kultur, społeczności, organizmów miejskich i wiejskich. Takie zrastanie się wymaga profetycznej i nudnej powieści realistycznej – wymyślenia metod obustronnej nauki języków, uzgodnienia prawa, ustalenia reguł ekonomicznej współpracy. W historii Polski nigdy czegoś takiego nie było – stąd potrzebna spora dawka innowacyjności. Zarazem wszystko to należy do codzienności – stąd konieczna porcja nudy. A do tego jeszcze dochodzi wspólny ekosystem. W książce Włodzimierza Nowaka Obwód głowy dwa miasta Guben i Gubin zrastają się, budując wspólną oczyszczalnię ścieków: polskie i niemieckie gówno się miesza i jest wspólnie oczyszczane. Nie możemy w ten sposób zróść się z Wielką Brytanią.

Rozumiem, że ten rodzaj kontaktów i więzi między Polską a Wielką Brytanią nie jest możliwy, ale przecież w stosunkach z Niemcami wyobraźni też nie organizują kontakty przygraniczne, ale albo stereotypy historyczne, albo doświadczenie osobiste pobytu czy pracy Polaków w Niemczech.

W sensie narracyjnym to również „nieczystości” potrzebujące mieszalni. Infrastrukturalne zrastanie się polega także na tym, że tworzymy sieć dla przepływu opowieści. W sieci tej od wielu dekad trwa wymiana narracji – tych o dawnej śmierci i aktualnej pracy, o minionych rzeczach potwornych i aktualnych sprawach codziennych. Zrastanie się nigdy nie będzie miało końca, a najlepszym strażnikiem chroniącym cały układ przed znieruchomieniem wydaje mi się kultura codzienności – z jej rutyną i otwartością na niespodziankę.

OK, to jest postulat. Ale pytam o jeszcze coś innego: w latach 90. to Niemcy były ikoną nowoczesności i Zachodu, do których się aspiruje. Mieli proste autostrady, świetne samochody, Bundesligę i fajne czekolady z orzechami. A wiedzieliśmy to, bo nasi ojcowie, kuzynki i ciotki jeździli, widzieli, opowiadali i przywozili. Dziś jednak więcej Polaków ma rodzinę w Anglii niż w Niemczech. Czemu Wyspy nie przemawiają do naszej wyobraźni potocznej i literackiej tak, jak dwadzieścia lat temu przemawiały Niemcy?

Między innymi dlatego, że nie ma arcydzieł. Jeśli pojawi się znaczące dzieło albo kilka popularnych książek, to być może wyobraźnia zacznie się rozkręcać. Ale na razie nawet dobre, ciekawe teksty pokazujące życie Polaków w Wielkiej Brytanii przedstawiają stan niewymienności. Anglia to w tych tekstach land of no return. To dotyczy zwłaszcza kobiet, bo głównie one są twórczyniami tekstów.

Dlaczego akurat kobiet?

Kobiety są gotowe pracować na Wyspach poniżej kwalifikacji, bo Polska jest w ich doświadczeniu krajem mizoginicznym i patriarchalnym. Wolą żyć nieco biedniej w Anglii, nawet jeśli tutaj mogłyby osiągnąć więcej, bo tutaj spotkałyby się z redukowaniem kobiety do cielesności, a cielesności do reprodukcji.

Wolą żyć nieco biedniej w Anglii, nawet jeśli tutaj mogłyby osiągnąć więcej, bo tutaj spotkałyby się z redukowaniem kobiety do cielesności, a cielesności do reprodukcji.

Dlatego odpowiedź na twoje pytanie jest okrutnie prosta: nie ma żadnego pomysłu na to, jak połączyć narrację brytyjską z narracją polską, bo społeczeństwo brytyjskie, choć silnie klasowe, zaakceptowało „gender”. A do tego dochodzi opieka społeczna, system wsparcia dla studentów czy wyższe stawki płacowe. Kiedy pojawią się teksty literackie proponujące zrost polsko-brytyjski, natychmiast je przeczytamy, ale teraz jest układ dwubiegunowy: albo zostajesz w Polsce i rezygnujesz z mówienia o transferze brytyjskich wzorców kulturowych, albo wyjeżdżasz do Wielkiej Brytanii i od Polski się uwalniasz.

A jak się łączy narrację niemiecką z polską?

Literatura polsko-niemiecka mówi o nowych warunkach istnienia na linii wschód-zachód. Już nie, jak kiedyś, imitacyjnych, lecz polegających na budowaniu infrastruktury codzienności – kruchej, cały czas narażonej na awarię, wymagającej ciągłej renowacji. Takiej, która pozwala nam zrastać się nie tylko autostradami i liniami kolejowymi czy lotniczymi, ale też od samego dołu, od podziemi aż po sferę lotną, sferę zanieczyszczeń atmosferycznych i emisji CO2. W polityce zagranicznej mamy dziś uszczelnianie granic: strona polska chciałaby transferu pieniędzy, towarów i wielkich zamówień, nie chciałaby natomiast rozwiązań prawnych w zakresie demokracji, rodziny i płci.

Jeżeli – z punktu widzenia infrastruktury codzienności – możemy zatrzymać transfer idei organizujących życie codzienne, to znaczy, że zaczęliśmy odłączać się od Europy.

Nie da się być razem, ale osobno?

Czyli brać pieniądze, ale nie uczestniczyć w rozwiązywaniu europejskich problemów? Chyba nie. Gdyby nie kłopoty Unii, może taki wariant dobrowolnej peryferyzacji zostałby zaakceptowany. Ale nadeszły trudne czasy i deklaracja osobności oznacza na dobrą sprawę początek rozstania. Naprawdę jesteśmy w Europie tylko wtedy, kiedy dzielimy z nią i wspólnie rozwiązujemy problemy – to oczywiste – ale też wtedy, gdy się z nią po prostu zrastamy. Literatura podpowiada nam więc dwie rzeczy: włączenie się w pracę nad problemami, które przychodzą do Unii, oraz zrastanie się na poziomie infrastruktury codzienności. Tyle że nie ma tu żadnych gotowych rozwiązań, jest natomiast wezwanie do ustawicznej pracy wyobraźni.

Skoro mowa o wyobraźni i poszukiwaniu rozwiązań, to docieramy na Północ. Według ciebie to jest właśnie miejsce, gdzie literatura zmaga się z gwałtownymi zmianami społecznymi, z zacinaniem się mechanizmów adaptacyjnych, z zakwestionowaniem dotychczasowego modelu życia społecznego, relacji między kulturą, gospodarką, prawem, obyczajami. Brzozowski mówił, że jednym z warunków dojrzałości dziejowej i odpowiedzi na wyzwania nowoczesności jest samowiedza, której nośnikiem może być literatura – która się z rzeczywistością w ten sposób zmaga. Ponad sto lat temu widział taką literaturę w Anglii i bardzo jej Anglikom zazdrościł. Czy dziś powinniśmy po wzorce pojechać na Północ?

Dla mnie lektura rozmaitych tekstów dotyczących Czech i Skandynawii – dziwne zestawienie, ale zaraz je wyjaśnię – była impulsem do sformułowania centralnej tezy Poruszonej mapy. Mianowicie, w polskiej wyobraźni geograficzno-kulturowej następuje reorientacja z osi wschód-zachód na oś północ-południe. Oś pozioma jest historycznie umocowana, wyrazista, spójna w swoich przeciwieństwach. Oś pionowa rozłazi się nieco, bo część górna i dolna są niekompatybilne: Północ to przykład udanej integracji regionalnej, natomiast Południe to niewyrazista i właściwie nieistniejąca federacja osobnych państw. Góra to przykład pogodzenia wolności z równością, dół – wersja wolności dla zaradnych. Północ to mityczny obszar państw opiekuńczych, a Europa Środkowa w okresie transformacji stała się obszarem stopniowego abdykowania państwa z powinności socjalnych.

Rozumiem różnice między Skandynawią a grupą wyszehradzką, ale skąd ta cała reorientacja?

Zmiana osi, poza dostrzeżeniem nowych wyzwań: godzenia wolności i równości oraz poszukiwania formuły integracji regionalnej, wynikała także z koniecznej dla polskiej kultury i mentalności zmiany skali.

Dopóki porównujemy się z Ameryką, Francją czy Niemcami, dopóty fundujemy sobie wstępne upokorzenie: w obliczu osiągnięć i rozwoju gospodarczego wielkich państw musimy samych siebie oszukiwać i pompować narracje o znaczeniu Polski dla historii Europy.

Przekierowanie wyobraźni na Północ, na Szwecję czy Danię, jest urealnieniem układu porównawczego: zaczęliśmy się przymierzać do społeczeństw, z którymi da się porównywać. One też długo walczyły o niepodległość…

Są historycznie chłopskie…

W tym podobieństwie tkwi bolesna różnica – bo my jesteśmy społeczeństwem chłopskim ze szlachecką narracją. Najpierw jednak odnotujmy, że od lat 80. XX wieku polska wyobraźnia zaczęła coraz wyraźniej przymierzać się do Skandynawii. Na początku niewiele było trzeba: szlak przetarła fala emigrantów roku 1968, a potem zaczęły do Polski docierać skrawki opowieści – list, plotka, zdjęcie, film, książka podróżnicza, przewodnik. To pobudziło narracje. Narracja wymaga jednak ściślejszej pracy i większej liczby danych. Łaknie konkretu. Pojawiły się więc opowieści o biografiach konkretnych ludzi. Wtedy nastąpiło też przekroczenie stereotypu Skandynawii jako obszaru zamożnego i wykrystalizowała się nowa wersja: Północ to alternatywa Zachodu – alternatywa wyrażająca się w dbałości o równość i w zachowaniu kontrolnej pozycji państwa wobec kapitalizmu. Również i ta wersja zaczęła podlegać stereotypizacji.

A jak się ma do tych stereotypów literatura? Idzie im na przekór, wzmacnia?

Dla historyka literatury bardzo ważne jest rozlewanie się stereotypu – ono napędza zbiorową wyobraźnię, reorientacja wyobraźni byłaby niemożliwa bez umasowienia stereotypu. Jednak po pierwszym prostym obrazie – związanym z dobrobytem – i po drugim, ukazującym znaczenie równości i opiekuńczą rolę państwa, nastąpiła ostra korekta. Wyłoniła się z powieści Schwedenkräuter Zbigniewa Kruszyńskiego i Słowo obcego oraz Asystent śmierci Bronisława Świderskiego. Pokazywały one nierówności i niesprawiedliwości ukryte w fałdach arkadii. Naprzeciwko opowieści krytycznych stanęły jednak – dziwnie genderowo to się ułożyło – narracje kobiece, Manueli Gretkowskiej czy Grażyny Plebanek, akcentujące zyski emancypacyjne. Zwieńczeniem sporu okazały się reportaże Macieja Zaremby, które doprowadzają etap zauroczenia i krytyki do chwilowego, acz koniecznego końca, do ściany, spod której musimy zawrócić ku samym sobie.

Etap zauroczenia to „szwedzkie” powieści Gretkowskiej?

Zaczyna się już od filmu 300 mil do nieba z 1989 roku, a na końcu byłyby pewnie wasze Przewodniki Nieturystyczne po Szwecji, Islandii i Norwegii. Książki te – z pewnymi zastrzeżeniami – mieściły się w granicach „wyobraźni zauroczonej”.

I to wszystko szlag trafił po publikacji Polskiego hydraulika Zaremby?

Niezupełnie. W naszym przymierzaniu się do Północy odkryliśmy, że podstawą modelu skandynawskiego nie są jedynie rozwiązania ordynowane przez rządy tamtych państw, lecz tkanka społeczna wypełniana zaufaniem. Polska nowoczesność imitacyjna, dominująca na osi wschód-zachód, nie może znaleźć swojego zastosowania w odniesieniu do Północy, bo nie da się skopiować czy importować zaufania. Można jedynie analizować, w jaki sposób Szwedzi czy Finowie wytworzyli tkankę łączną.

A skąd wiemy, że to właśnie zaufanie jest podstawą skandynawskiej nowoczesności?

Dowód leży w miejscu najbardziej dla tego modelu krytycznym. W swoich reportażach – uważam je za wybitne – Maciej Zaremba pokazuje, że Szwecja sfetyszyzowała kategorię równości, że zaczyna przechodzić od utopii do antyutopii, bo równość zaprowadzana w sposób bezwyjątkowy wywołuje rozmaite aberracje. Zarazem musimy sobie uświadomić, że zaprowadzanie równości możliwe jest tylko w takim społeczeństwie, które ufa, że rząd wprowadza rozwiązania słuszne i pożyteczne. Społeczeństwo to nie obraża się na rząd i nie wysyła go na Madagaskar, gdy okazuje się, że rozwiązanie wymaga korekty. Tym jest nowoczesność skandynawska: systemem permanentnego korygowania, wypracowanym wspólnie i funkcjonującym w oparciu o silne zaufanie społeczne. Odkrycie tej prawidłowości sprawia, że polska narracja eksplorująca Północ musi wrócić do kraju: uzyskaliśmy impuls do osiągania samowiedzy i musimy pomyśleć, czy możliwe jest wypracowanie nowoczesności bez społecznego zaufania.

Wygląda na to, że nie jest.

I dlatego trzeba zastanowić się nad tym, z jakich tradycji możemy czerpać, a jakie wzorce należy wprowadzić od zera, aby stworzyć podstawę dla zaufania, które jest nam niezbędne. To są zdobycze z wyprawy na Północ. Wiemy już, że nawet ustanowienie państwa opiekuńczego nie upodobni nas do Północy.

Rzeczywiste usytuowanie na osi Północ-Południe wymaga wytworzenia tkanki łącznej zwanej zaufaniem. A także wypracowania mechanizmów demokratycznego podejmowania decyzji i wspólnego ich korygowania.

Bez tego będziemy mieli kolejny wariant postfeudalny: po neoliberalnej normalizacji w stylu europejskim swój program realizują rzecznicy zmistyfikowanego narodu. Jest to program plebejski w formie, ale antyludowy w treści. I tu po raz kolejny odsłania się znaczenie chłopskości: w Skandynawii nowoczesność jest tworzona od dołu, w Polsce – zawsze od góry. Na Północy chłopskie pochodzenie jest normalne, godne szacunku, w Polsce przedmiotem pogardy już nie jest, ale własnej narracji i własnej podmiotowości nie ma.

Obszerny rozdział Poruszonej mapy poświęcony jest dwóm niepolskim autorom, choć ważnym dla „literatury w Polsce”, jak mówi Kinga Dunin, bo szeroko u nas czytanym. U Henninga Mankella i Stiega Larssona widzimy nie tyle problemy, które wymagają korekty, ile system, który wydawał się niemal doskonały, a teraz się zwyczajnie wali, bo jego mechanizmy adaptacyjne i podstawowe przesłanki zawodzą w konfrontacji z globalizacją i otwarciem granic. Czy ci autorzy kryminałów, zaliczanych często do literatury popularnej, faktycznie pokazują nam, jak literatura może się zmagać z fundamentalnymi problemami nowoczesności? To byłby ten współczesny odpowiednik „literatury angielskiej” z końca XIX wieku, która dla Brzozowskiego stanowiła najświetniejszy przykład nowoczesnej samowiedzy narodu?

To bardzo różne opowieści.

Obie diagnozują kryzys modelu skandynawskiego.

Dla Mankella kryzys jest praktycznie nierozwiązywalny. Jego źródłem są niekontrolowane przepływy ludzi, towarów i informacji, będące efektem procesów globalizacyjnych, krótko mówiąc: nieodwracalne rozszczelnienie granic. Drugi problem, chyba nawet dla Mankella poważniejszy, polega na utracie zaufania do państwa prawa: społeczeństwo przestaje czekać na wymiar sprawiedliwości i przystępuje do samosądów. Właśnie samosądy, a nie zwykłe przestępstwa, doprowadzają komisarza Wallandera do rozpaczy, bo kwestionują całą konstrukcję państwa: edukacja i polityka równościowa zawiodły, wymiar sprawiedliwości okazuje się słabszy od starego mizoginizmu i nowego handlu ludźmi, a najbardziej zdesperowani i pokrzywdzeni nie wierzą w państwo prawa. Przemoc wlewa się do Szwecji z zewnątrz i wylewa się spod powierzchni życia społecznego. To nie przypadek, że w ostatniej części przygód komisarz odchodzi w ciemność – choroba Alzheimera jest zarazem dosłowna i symboliczna. Dosłowna, bo Wallander faktycznie traci władzę nad pamięcią, co sprawia, że czytamy przejmującą powieść bardziej biologiczno-społeczną niż kryminalną. Sens symboliczny z kolei oznacza, że wszystko, co spoczywa w pamięci Wallandera, wszystko, czego bohater nauczył się w socjaldemokratycznej Szwecji, staje się w zasadzie nieprzydatne w XXI wieku.

Larsson myśli inaczej? Trylogia Millenium to też nie jest pean na cześć państwa opiekuńczego.

Larsson zaczyna tam, gdzie Mankell kończy. Dla bohaterów Millenium globalne przepływy informacji, pieniędzy i ludzi to nowy stan rzeczy. Wiążą się z nim niebezpieczeństwa, ale i korzyści. Dla Lisbeth umiejętność czerpania informacji z internetu to jedna ze strategii oporu. Ponadto przyczyna rozpaczy Wallandera, czyli nienaprawialny kryzys demokratycznego państwa prawa, dla bohaterów Larssona staje się pobudką do działania. Widzą oni, że państwo i jego prawo nie zostały dostosowane do sfery obywatelskiej – zwłaszcza do emancypacji płciowej i seksualnej. Przemoc i rozkosz, związek między nimi i ich wpływ na prawo, różnią bardzo mocno obu pisarzy. U Mankella cały kontrakt społeczny opierał się na dobrowolnym stłumieniu rozkoszy, natomiast Larsson mówi, że ten kontrakt był respektowany tylko przez część społeczeństwa, a przez elity był gwałcony – w sensie dosłownym i przenośnym. Faktyczną władzę sprawowali ci, którzy mieli nielegalny dostęp do źródła rozkoszy, zawsze związanej z łamaniem istniejącego prawa.

Larsson chce rozkoszy dla wszystkich?

Na pewno ją demokratyzuje i przekonuje, że zakaz dostępu do rozkoszy w demokracji musi zostać przepracowany przez samo społeczeństwo. Fabuły Mankella nieodmiennie odkrywały fantazmaty męskiej rozkoszy przenoszone do polityki i biznesu, porządkujące hierarchie rodzinne, decydujące o dystrybucji władzy i tajemnic. Larsson wręcza prawo do przemocy głównej bohaterce, która w swoich działaniach miesza wymierzanie sprawiedliwości z zemstą i prawo z rozkoszą. Ale w łóżku Lisbeth pozwala sobie tylko na to, na co pozwala jej partnerka. Miłość, zwłaszcza cielesna, to laboratorium paradoksalnej relacji, w której drugiemu człowiekowi i z drugim człowiekiem wolno zrobić wszystko, pod warunkiem, że ów człowiek wyrazi na to zgodę. Nowy obieg libido nie polega więc na powszechnym udostępnieniu rozkoszy, lecz na powiązaniu rozkoszy z władzą powstrzymywania się od przemocy. Jest w tym ciekawa intuicja: dzisiejsze społeczeństwa demokratyczne mają kłopot z prawem, bo mają kłopot z gwałtownymi afektami – gniewem, wściekłością, nienawiścią, rozkoszą.

Jest w tym ciekawa intuicja: dzisiejsze społeczeństwa demokratyczne mają kłopot z prawem, bo mają kłopot z gwałtownymi afektami – gniewem, wściekłością, nienawiścią, rozkoszą.

Postulat oparcia demokracji na zakazie korzystania z rozkoszy dawno przestał działać. Został on naruszony i pogwałcony w sferze publicznej i politycznej, bo był naruszany i gwałcony w sferze życia rodzinnego. Larsson, sięgając wstecz do schyłku XIX wieku i ukazując dzieje bogatych rodzin, które tworzyły kapitalizm wczesnej nowoczesności, wstawił swoją powieść kryminalną w miejsce dawnej sagi mieszczańskiej i zarazem stworzył dzieło utopijne.

Pop-literatura zamiast inteligenckich manifestów?

Ten rys utopijny wychodzi właśnie poza granice „powieści popularnej”. Sam podział nie wiąże się przecież z wyborem konwencji gatunkowej, ale z interakcją między czytelnikiem a książką. Z jednej strony trzeba pamiętać, że literatura może tylko tyle, na ile my jej pozwolimy. Jeśli będziemy uważali, że fikcje dzielą się na popularne i wysokoartystyczne, to jedne książki będą traktowane jak rozrywka, a inne – jak materiał do nagród. Ważne zatem, abyśmy chcieli od literatury bardzo wielu różnych – w tym także niemożliwych – rzeczy, takich, jak rewolucja, subwersja, wymyślanie przyszłości, rozwiązywanie społecznych problemów, przedstawianie światów nieprzedstawionych.

Ale jeśli literatura ma rozbudzać zróżnicowane pragnienia i pożądania, to sama też musi czegoś od nas chcieć. I musi umieć prowadzić nas zgodnie z tymi chceniami. Jeśli zatem książka pozwala czytelnikowi pozostać po lekturze w tym samym miejscu, jeśli zostawia go z niezmienionym bagażem poznawczym, językowym, światopoglądowym i emocjonalnym, to mamy do czynienia z literaturą, przeliczając na stare pieniądze, „popularną”. Nawet rzecz napisana w sposób finezyjny, z odwołaniami do arcydzieł literatury światowej, będzie tylko akademizmem, rozrywką dla bardziej wyrobionej kulturowo klasy wyższej, jeśli nie potrafi zachwiać naszymi przekonaniami.

Co innego, gdy książka nie pozwala pozostać tym, kim byłeś, zanim przystąpiłeś do lektury, gdy zmusza cię do zrewidowania słownika egzystencjalnego czy politycznego, do podjęcia ryzyka poznawczego, do wypróbowania nowego języka opisu rzeczywistości. Dobrą literaturę można poznać po tym, że w kontakcie z nią czytelnik traci część swojego egzystencjalnego wyposażenia.

Dobrą literaturę można poznać po tym, że w kontakcie z nią czytelnik traci część swojego egzystencjalnego wyposażenia.

A my nie mamy takiej literatury? Bo to wszystko przypomina mi o Zygmuncie Miłoszewskim, to taki nasz Mankello-Larsson? W jego ostatniej powieści, Gniewie, mamy podobnie postawione problemy – jest skrywana przemoc jako podstawa patriarchatu, jest grupa mścicieli „poza systemem” wymierzająca sprawiedliwość…

Miłoszewski jest w pół drogi między Mankellem a Larssonem. Jeśli wziąć pod uwagę trylogię z prokuratorem Szackim, zwłaszcza ostatni Gniew, to widać, że autor stawia bohatera przed podobnym dylematem, przed jakim Mankell stawiał Kurta Wallandera, mianowicie, przed dyskryminacją obyczajową i prawem niedostosowanym do wymogów emancypacyjnych. W Gniewie śledztwo dotyczy przecież gwałtów małżeńskich, których tak uparcie nie chcą uznać politycy i Kościół. Mamy przemoc w rodzinie, którą obyczajowość ukrywa, obciążając wstydem ofiarę. Miłoszewski w tym sensie staje w pół drogi, że chwyta – podobnie jak Mankell i Larsson – napór gniewu na struktury porządku prawnego. W jego powieści pojawia się nielegalna mikroorganizacja wymierzająca sprawiedliwość. Przez nagłośnienie działań i związany z tym lęk członkowie organizacji chcą doprowadzić do korekty obyczajowości.

A nie prawa, państwa, systemu?

Chyba nie. W finale powieści Larssona funkcjonariusze władzy wykonawczej i ustawodawczej – od ekipy policyjnej do przedstawicieli rządu – uświadamiają sobie, że cały porządek prawny trzeba zmienić. Tymczasem u Miłoszewskiego ta quasi-organizacja nie napiera na system ani rząd. A prokurator Szacki w zakończeniu powieści staje przed wyborem: albo jako prokurator będzie działał według prawa i nie wymierzy stosownej kary krzywdzicielom, albo wyjdzie z systemu i poza prawem będzie realizował misję samodzielnego korygowania społeczeństwa. Nie ma tu impulsu utopijnego, który jest potrzebny polskiej nowoczesności. Zastanawiamy się, dlaczego po 1989 roku polska wyobraźnia utopijna zasnęła, dlaczego tych tekstów jest tak mało i dlaczego tak słabo je czytamy…

Są jakieś zalążki?

Tak, oczywiście. Utopia nie wraca jednak w rewolucyjnym rozchełstaniu, z gilotyną w jednej ręce i gotowym kodeksem w drugiej. Tego gestu kreacji całościowego porządku nie da się powtórzyć, bo na straży stoi pamięć o utopiach zrealizowanych, czyli Gułagu i Auschwitz. Zarazem wszystkie elementy aktualnego porządku – kapitalizm, państwo, demokracja – wchodzą w głęboki kryzys albo same go powodują. Kryzysu tego nie da się rozwiązać w ramach aktualnego myślenia. Dlatego utopia jest nieodzowna. Jej powrót okazał się jednak raczej kwestią wrażliwości niż poetyki.

A co, jeśli nie uda się wyrysować tej mapy na nowo za sprawą narracji literackich?

Historia od rozbiorów po II wojnę światową podpowiada, że wariantem możliwym, choć strasznym, jest przemoc zewnętrzna rozwiązująca konflikty wewnętrzne. Naiwnością byłoby sądzić, że to już się nie zdarzy. Nasza aktualna polityka zagraniczna zwiększa podatność na taką interwencję: im bardziej jesteśmy odizolowani od reszty świata, tym słabsi. Współczesny świat – pisał o tym Dani Rodrik w książce The Globalization Paradox (2011) – stawia państwa przed trylematem: jak pogodzić obecność w układach globalnych z suwerennością państwa i demokracją. Wejście w układ międzynarodowy – taki jak Unia Europejska czy NATO – sprzyja bezpieczeństwu, ale wymaga rezygnacji z części suwerenności. Rodrik uważa, że współczesne państwa mogą zachować już tylko dwie z tych trzech wartości: albo globalizacja z demokracją bez suwerenności, albo globalizacja z cząstkową suwerennością bez demokracji. A ja mam wrażenie, że Europa Środkowa radykalizuje trylemat Rodrika: rządy Polski i Węgier prowadzą politykę tak, jakbyśmy mogli wybierać tylko jedną wartość: albo suwerenność, albo demokrację, albo globalizację. Zamiast redefiniowania suwerenności rząd ją absolutyzuje, dając nam suwerenność bez demokracji i z osłabionym uczestnictwem w ponadpaństwowych sieciach.

Ale zamiast ku suwerenności ta bezalternatywna narracja zabiera transatlantyk polski w rejs ku osobności.

A tymczasem nie ma czegoś takiego jak bezpieczne państwo osobne, bo osobność jest iluzją. Dążenie do izolacji to dążenie do autodestrukcji, a nie do suwerenności.

A jest jakiś optymistyczny wariant?

Nadzieja płynie z dalekiej i niedalekiej przeszłości: z dalekiej – Uniwersał połaniecki, czyli pierwszy akt ograniczający poddaństwo chłopów, z bliskiej – tradycja Solidarności i Okrągłego Stołu. Sedno owej tradycji polega na tym, że nawet przy najsilniejszych konfliktach i różnicach przemawiających w niekompatybilnych językach siadamy do stołu i rozmawiamy. Dziś ten stół musiałby być hybrydowy, żeby mogło przy nim zasiąść dużo więcej reprezentantów. Nie wierzę jednak, by którykolwiek z polityków to zaproponował. Nadzieja w kulturze.

A czy narracje literackie to może być jeszcze skuteczne narzędzie w kraju, gdzie nikt nie czyta książek?

Wcale nie jest tak, że nasze społeczeństwo wyprowadziło się z literatury i żyje w świecie obrazkowym. Problem, jak się zdaje, tkwi w czymś dokładnie odwrotnym:

im mniej jako zbiorowość czytamy, tym silniej rządzą nami proste fabuły – schematyczne, reaktywne, sterujące społecznym gniewem poprzez wizerunki wroga.

Pogłębiają kryzys, który rzekomo mają rozwiązać. W odniesieniu do kategorii, którymi posługiwaliśmy się w naszej rozmowie, powiedziałbym, że jest to kartografia urojona: mówienie o Międzymorzu albo o taktycznym sojuszu z Rumunią czy Węgrami, izolowanie się od Ukrainy, Białorusi i Litwy przy równoczesnym pragnieniu zachowania niezależności względem Rosji, osłabianie obecności w Unii przy równoczesnej wspólnocie interesów – to rezultat nakładania anachronicznej mapy na terytorium europejskie, które ulega zmianom. Jest to mapa rzekomej suwerenności. Wątpliwa wydaje się przecież niezależność osiągana drogą zrywania związków z czterema kierunkami świata. Przypomina to raczej wypadek z geometrii – domaganie się, by Polskę traktowano jak punkt bez przyporządkowania. W opozycji do tej kartografii urojonej omówiłem w książce narracje przekazywane przez naszą literaturę. Wydaje mi się, że są na miarę kłopotów, w których się znaleźliśmy.

Przemysław Czapliński (1962) – profesor literatury współczesnej, kieruje Pracownią Krytyki Literackiej na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu. Autor wielu książek, m.in. „Efekt bierności. Literatura w czasie normalnym”, „Powrót centrali. Literatura w nowej rzeczywistości”, „Polska do wymiany. Późna nowoczesność i nasze wielkie narracje”, „Resztki nowoczesności. Dwa studia o literaturze i życiu”. „Poruszona mapa” ukazała się w tym roku nakładem Wydawnictwa Literackiego.

Czytaj także:
Mamy mapę, nie mamy narracji – pierwsza część rozmowy Michała Sutowskiego z Przemysławem Czaplińskim  Kinga Dunin, Cmok-Mock. Po to czytać?

SZWECJA-czyta

 

**Dziennik Opinii nr 319/2016 (1519)

Bio

Michał Sutowski

| Publicysta Krytyki Politycznej
Politolog, absolwent Kolegium MISH UW, tłumacz, publicysta. Członek zespołu Krytyki Politycznej oraz Instytutu Studiów Zaawansowanych. Współautor wywiadów-rzek z Agatą Bielik-Robson, Ludwiką Wujec i Agnieszką Graff. Pisze o ekonomii politycznej, nadchodzącej apokalipsie UE i nie tylko. Robi rozmowy. Długie.

Komentarze

System komentarzy niedostępny w trybie prywatnym przeglądarki.